środa, 6 lutego 2013

Rozdział 13



Nasze zwykłe dni – czyli dzień z życia szaleńca



       Dzień od samego początku zanosił się na mało produktywny.
      Temperatura grubo ponad 30 °C nie zachęcała do aktywnego spędzania czasu. Idealnie bezchmurne niebo nie dawało schronienia przed palącymi promieniami słonecznymi. Mogłoby się nawet wydawać, że pobliskie drzewa pragnęły uciec i schować się w domach, jako że pierwsze były wystawione, na zmaganie się z wielką, żółtą kulą zwaną potocznie słońcem.

   Dwie dziewczyny od paru godzin odpoczywały na tarasie przed domem, leżąc i wzdychając na leżakach. Włosy Margaret podobnie jak jej przyjaciółki zawiązane były w niedbały kok na górze głowy. Niewiele jednak dawało to ulgi. Pogoda postanowiła wręcz zabijać temperaturą. Shalie musiała pożyczyć od miodowo-włosej krótkie spodenki, ponieważ wszystkie, jakie ze sobą przywiozła zdawały się być stanowczo za długie i zbyt ciepłe. Poczciwa mama właścicielki domu ku szczęściu dziewczyn zostawiła w szafie swoje ultra lekkie i przewiewne bluzki na ramiączkach, więc bez zastanowienia porwały je one. Warto tutaj dodać, iż rodzicielka Maggie należała do tego typu matek, które uważają się za wiecznie młode. Po mimo swojego wieku (39 lat) nie wstydziła się pokazywać własnego ciała, nad którym swoją drogą pracowała, co tydzień w siłowni.
Czasami jasnowłosą irytowało, że posiada tak zgrabne ciało, ale w głębi siebie wiedziała, iż ona sama jest zbyt dziwna, żeby posiadała normalnych rodziców.
     - Zaraz się rozpuszczę – wyjęczała cierpiętniczo właścicielka ciemnych włosów. Oczy zasłaniała własnym ramieniem, bo promienie bezczelnie przedzierały się do ich schronienia. Bezwiednie poruszyła wolną ręką po posadzce, by po chwili na oślep złapać w nią swój telefon. Wolno podsunęła urządzenie pod same oczy. – Już po siedemnastej. Nie powinno się ochładzać? – spytała z wyrzutem zaraz po tym jak odczytała godzinę z ekraniku.
     - Powinno. A teraz zmień mi okład na plecach – rozkazała Margaret. Jej słowa były trochę zniekształcone, ponieważ postanowiła ona leżeć na brzuchu przodem do poduszki umiejscowionej na leżaku. Od pamiętnego upadku ze schodów minęła doba, ale tylna część ciała nastolatki nadal niemiłosiernie bolała. Rano (czyli w południe), kiedy wstała, postanowiła wyciągnąć z zamrażalnika woreczek z kostkami lodu i cały dzień wymieniać rozpuszczone kawałki na nowe. Oczywiście nie sama. Perfidnie wykorzystywała sytuacje, trochę zbyt bardzo naciągając prawdę i w efekcie zmuszała Shalie, aby to ona biegała do kuchni co pół godziny i przynosiła nowe woreczki.
     - Nie chcę mi się – oznajmiła ciemnowłosa, buntowniczo.
     - Jak przyniesiesz nowe kostki, to potem pójdziemy do sklepu po lody – zachęciła jasnowłosa, przypominając sobie, że jej przyjaciółka prawie cały dzień powtarzała jak bardzo ma ochotę na ten zimny przysmak. A że przez ostatni czas wykorzystały prawie cały jego zapas w domu Colenów, to nie miały skąd go wziąć. W krytycznym momencie (czyt.: godziny około południowe) Shalie uznała, że niewdzięczni sąsiedzi na pewno mają u siebie w zamrażalniku te kolorowe pudełka, więc bezproblemowo mogłyby ukraść trochę. Jednak po pierwsze żadnej z nich nie chciało się wstać a po drugie Mag, słysząc plan koleżanki, uznała, że nie chce znowu paść ofiarą jakiejś strasznej sytuacji, która z pewnością miałaby miejsce.
Shalie musiała obejść się smakiem i zadowolić się orzeszkami ziemnymi, których nigdy w domu nie brakowało z uwagi na obsesję Margaret.
Teraz słysząc tę obietnicę z jej strony szybko wstała i skierowała się do środka. Po chwili spędzonej na siedzeniu z głową w zamrażalniku, udało jej się odnaleźć jeszcze jeden woreczek z lodem. Kiedy wychodziła zwróciła uwagę na podwórko sąsiadów, które doskonale było widać przez kuchenne okno. Zmarszczyła brwi, gdy nie dojrzała tam żywej duszy. To dziwne, że siedzieli w domu. Przecież temperatura zdecydowanie nie była łagodna dla zamkniętych pomieszczeń i również nagrzewała je niemiłosiernie. Były dwie opcje: albo mieli udogodnienie, za które większość ludzi mieszkających w Thousand Okas oddałaby w tej chwili życie, czyli – klimatyzację, albo nie było ich. Oba te warianty zdecydowanie mogły kryć w sobie prawdę.

Panna Swift wyszła i od razu podążyła w stronę leżaka swojej przyjaciółki. Ściągnęła z jej pleców woreczek, w którym teraz już tylko chlupała woda i założyła na jego miejsce nowy. Miodowo-włosa jęknęła z ulgą i podziękowała współlokatorce.
     - Jak pójdziemy do sklepu, to będziesz musiała kupić też jakiś żel na stłuczenia, bo lód się skończył – powiadomiła brunetka i padła na swój leżak, strasząc przy tym Roxiego, który uciął sobie drzemkę obok niej.
Dziewczynom zdecydowanie było go żal. Miał tyle sierści, co zdecydowanie stawiało go w dużo gorszej sytuacji. Na szczęście większość tego upalnego dnia postanowił przespać koło swojej miski z zimną wodą.
     - Mam ochotę zabić tego Tomlinsona – wyznała, właścicielka domu.
     - W sumie gdybyś ostatnio nie postanowiła radośnie zatańczyć na stole a potem z niego spaść, to pewnie bolałoby cię mniej.
Adresatka wypowiedzi najpierw nieznacznie podniosła głowę a potem wbiła palące spojrzenie w dziewczynę obok.
     - Czy ty go bronisz? – spytała z wyrzutem. – Może chodźmy szybciej po te lody, bo ci mózg przegrzało.
Po tym zdaniu współlokatorki wstały, złożyły leżaki i weszły do wnętrza domu. Shalie pobiegła na górę i wyjęła ze swojej portmonetki kilka banknotów, jako że to ona tym razem postanowiła płacić za zakupy. Jedna z nich przywołała psa do domu, bo nie chciały żeby pobiegł za nimi lub zaczął szukać sobie nowego schronienia np. u sąsiadów.
Kiedy przemarzały ulicę, nie widziały zbyt wielu ludzi. Mag uznała, że pewnie zaszyli się w jakiś lasach albo jeziorach. Lub weszli do zamrażarek.
Shalie z ulgą zauważyła na niebie chmury. Były ciemne i zdecydowanie nie wróżyły nic dobrego, ale dzięki nim robiło się zdecydowanie chłodniej.
Sklep, do którego szły, był średniej wielkości i znajdywał się na końcu ulicy. Prowadziła go starsza, miła, grubsza pani, którą zdecydowanie wszyscy uwielbiali. No może nie wtedy, gdy myliła się przy wydawaniu reszty, albo nie mogła usłyszeć ile bułek jest w torbie, ale w sumie cieszyła się powszechnym uznaniem i szacunkiem.
Gdy były parę metrów przed budynkiem nagle zerwał się wiatr a słońce zaczęło powoli zanikać za czarnymi chmurami. Przyjaciółki zgodnie postanowiły, że kupią, co potrzeba i szybko wrócą, by uniknąć spotkania z deszczem. Zdecydowanie przekroczyły próg sklepu. Jedna z nich wzięła czerwony koszyk. Kiedy znajdowały się przy ladzie nie dojrzały nikogo za nią. Jedynie dźwięki dochodzące z magazynku mogły dowodzić tego, iż staruszka jest w sklepie.
Nie ociągając się dłużej, popędziły w kierunku półki ze wszystkimi środkami medycznymi. Tu zaczęły się pewne utrudnienia, ponieważ ich wiedza pod tym względem była dosyć skąpa. Dobrych parę minut spędziły nad zastanawianiem się czy lepszy jest niebieski żel chłodzący, czy też skuteczniejszym może okazać się zielony. W rezultacie znudzona ciemnowłosa oznajmiła, że idzie po lody, tym samym zostawiając swoją przyjaciółkę samą z decyzją do podjęcia. Mag wspaniałomyślnie postanowiła wyciągnąć ulotki dołączone do obu tubek i przeczytać je. Zanim jednak zaczęła, skontrolowała sytuację za oknem. Niezaprzeczalnie zbierało się na burzę, jednak było to do przewidzenia po tak upalnym i dusznym dniu. Zaczynała studiować pierwszą linijkę ulotki od zielonego żelu, kiedy usłyszała czyjś głos. Rozejrzała się dookoła, lecz nikogo nie zobaczyła. Uznała, że to pewnie Shalie ucięła sobie pogawędkę ze sprzedawczynią, bo nie widziała innych klientów w sklepie. Znowu przystąpiła do czytania, ponieważ obiecała sobie, że się pośpieszy, ale nie musiała czekać długo na drugi dźwięk tym razem pioruna i to takiego, który musiał wyładować się niedaleko budynku, ponieważ był bardzo głośny. Dziewczyna wzdrygnęła lekko a następnie pochwyciła w dłoń niebieski żel, ponieważ większa część ulotki zielonego, była zajęta przez informacje o skutkach ubocznych. W drodze do kasy spotkała się z Shalie, która wrzuciła do koszyka cztery żółte opakowania lodowego przysmaku.
     - Pośpieszmy się, to zdążymy zanim burza całkiem się rozszaleje – zaproponowała i obie szybkim tempem, między półkami skierowały się do dosyć odległej kasy. Kiedy miodowo-włosa mijała stoisko z orzeszkami, zamknęła oczy i tłumaczyła swojemu mózgowi, że posiada jeszcze kilka paczek w domu.

Jej obsesja zawsze zwiększała się w lato.

Po parunastu sekundach znowu znalazły się przy ladzie, lecz nadal nikogo za nią nie było. Jasnowłosa w zadumie popatrzyła na swoją przyjaciółkę i obie w jednym czasie wzruszyły ramionami.
     - Proszę pani? Może pani do nas wyjść?- spytała grzecznie jedna z nich.
Nie uzyskały jednak żadnej odpowiedzi. Ciemnowłosa nerwowo spojrzała za okno i zobaczyła, że wiatr wezbrał na sile i gdzieniegdzie rozbijają się krystaliczne krople deszczu. Ponowiły wołanie parę razy, ale niestety nikt nie odpowiedział. Właścicielka ciemnych włosów postanowiła, że pójdzie do magazynku. Niestety okazał się on być zamknięty. Miały znowu ponawiać wołanie, ale tym razem przerwał im czyjś gwałtowny jęk i tupanie. Od razu w głowie ujrzały tysiące krwawych scen z horrorów. Mimo wszystko nie wahały się odwrócić w stronę, z której dobiegł dźwięk.
Jedna przepełniona ciszą chwila, potem druga i kolejna a w końcu niespodziewany szloch pomieszany z krzykiem w wykonaniu Margaret.
Sytuacja jak z filmu.
Piątka lekko zaskoczonych, ale szczerzących się chłopców stała przed dziewczynami i jak gdyby nigdy nic mierzyła ich wzrokiem. Jasnowłosa padła w objęcia koleżanki i zaczęła histeryzować. Nie mogła uwierzyć, że to dzieje się kolejny raz. Ten zespól był jak fatum. Wszędzie gdzie się ruszyły niewytłumaczalnym sposobem znajdowali się też oni - zbiedzy zakładu dla psychicznie obłąkanych. Pewnie większość ludzi pomyślałaby, że to przeznaczenie, ale dla Margaret było to coś w rodzaju krosty, której chcesz się pozbyć, ale ona stale wraca.
     - Oni tam stoją, Shalie – powtarzała w kółko jasnowłosa, ściskając ramiona przyjaciółki.
     - Och, was też miło widzieć – odezwał się Louis z wypracowaną ironią w głosie. Stojący obok niego loczek ciągle szerzył się, pewnie zauważając skąpe ubrania sąsiadek. Sam był ubrany w niebieską bokserkę i jasne spodenki kończące się przed kolanem, z mnóstwem kieszeń. Jego koledzy wyglądali podobnie. Wszyscy z wyjątkiem Liama, który postawił na przewiewne hawajskie szorty.
    - Oni tam stoją i w dodatku mówią, Shalie. Nie dajmy im się tylko ruszać to może nie spowodują jakiegoś tragicznego wypadku i przeżyjemy – powiedziała Maggie, w tym samym czasie, kiedy blondyn upuścił wszystkie produkty, które trzymał w dłoniach. Swoja drogą chyba nikt nie zrozumiał, czemu dzierżył wszystko w ramionach, skoro mógł wziąć koszyk jak cywilizowany człowiek.
Za oknem znowu trzasnął piorun tym razem dodatkowo rozświetlając niebo. Payne pisnął wysoko i przytulił się do najbliżej stojącego Malika. Chyba ktoś tu bał się burzy.
     - Spokojnie nie chcemy dziś umierać. Wiesz, głupio jest mieć napisane na grobie: „Umarli ze śmiechu, widząc nieudolne próby dogryzania ze strony dwóch krasnoludów”- odgryzł się szatyn i wrzucił na twarz cwaniacki uśmiech.
Shalie poczuła jak koleżanka drży ze złości.
     - Jak na moje oko to jest trochę zbyt długi napis jak na przyczynę śmierci – odezwała się w końcu.
Marchewka już chciał odpowiedzieć, lecz zagłuszył go grzmot a po chwili światło sklepie zgasło. Ktoś ze zgromadzonych krzyknął donośnie. Dziewczyny w ciemnościach nie widziały grupki przed nimi. Mag poczuła się, więc lepiej i odkleiła się od przyjaciółki. Dopiero po paru sekundach ktoś wpadł na pomysł, by włączyć wyświetlacz telefonu.
     - Okay, więc wszyscy jesteśmy w komplecie? – Harry, jak się okazało, poświecił po twarzach zebranych. Liam wisiał na szyi mulata, powodując tym, iż lewo trzymał równowagę. Natomiast Mag ciągle mówiła pod nosem zdania typu: „Wiedziałam, że tak będzie oraz oni są przeklęci”. Blondyn zaproponował, żeby zebrani wyszli ze sklepu, ponieważ najwidoczniej sprzedawczyni nie ma. Po jego słowach wszyscy zgodnie (trudno uwierzyć, że można użyć tego słowa z zestawieniu - 1D oraz ich sąsiadki) ruszyli do drzwi wyjściowych. Jednak jak przystało na dzień z problemami i tu wynikło jedno utrudnienie. Tomlinson szarpnął za klamkę kilka razy, ale ta nie ustąpiła.  Popatrzył na zebranych zdumiony. Po chwili wymieniła go panna Colen i z irytacją szarpnęła klamką, jednak ta nadal pozostawała nieugięta. Dziewczyna wolno podniosła głowę do góry a następnie bezgłośnie powiedziała do tego w niebie „Dlaczego ja?”.
Wszyscy rozbiegli się w poszukiwaniu innego wyjścia, lecz bezskutecznie. Tu były tylko jedne drzwi oraz małe okna za jasnymi kratami, które była zmuszona założyć właścicielka sklepu z uwagi na noce rozróby.
     - Mogłyśmy zostać tu zamknięte z jakimiś przystojniakami, ale nie…przecież to zawsze muszą być nasi sąsiedzi! – wyrzuciła z siebie brunetka.
Zaraz obok niej cicho jak puma zjawił się lokowany. Zmierzył siebie wzrokiem a następnie spytał:
     - Czyżbyś uważała, że czegoś mi brakuje?
     - Tak. Mózgu – odpowiedziała panna Swift a następnie jej oczy zostały potraktowane wyświetlaczem komórkowym. Ujrzała szczerzącego się Stylesa, a następnie zastanowiła się czy przez przypadek powiedziała mu komplement. Nie, zdecydowanie była pewna, że posłała mu kąśliwą uwagę.
     - Ostra. Lubię takie – oświadczył, a następnie puścił do dziewczyny perskie oko. Wtedy Shalie zrozumiała, że chłopakowi nie znudziło się granie wyuzdanego erotomana. No, gorzej oczywiście byłoby, gdyby okazało się, iż loczek wcale nie udaje.
     - Po prostu wyciągnijmy telefony i poprośmy kogoś o pomoc – mądrze zaproponował mulat. – Ja od razu mówię, że swojego nie mam – dodał zraz po tym jak obszukał kieszenie. Po chwili tę samą smutną wiadomość ogłosiły również dziewczyny, które nie brały swoich telefonów, ponieważ myślały, że za chwilę wrócą z powrotem do domu. Wszyscy zwrócili wzrok na Harry’ego.
     - Nic z tego, nie ma zasięgu. To pewnie przez burzę
     - U mnie to samo, nie mam nawet jednej kreski – odezwał się po chwili Payne, gdy tylko znalazł w sobie tyle odwagi, by odkleić się od Zayna. Jasnowłosa prychnęła z irytacją a następnie złapała się za głowę.
     - Ja zgubiłem swoją komórkę – powiadomił wszystkich Niall, jednocześnie otwierając jakieś pudełko z ciastkami.
Chłopcy wbili w niego zdumione spojrzenia.
     - Horan cymbale twój telefon jest przecież na lodówce. Jak zwykle – wysyczał zirytowany Tomlinson i puknął kumpla w czoło. Ten tylko wzruszył ramionami i powrócił do konsumowania. Wszyscy zaczęli nerwowo chodzić po pomieszczeniu. Sytuacja nie przedstawiła się dobrze, wszystko wskazywało na to, że siódemka będzie uwięziona w sklepie na całą noc – w swoim towarzystwie oraz bez światła.
     - Czekaj, a twój telefon, Louis?- Brunetka zwróciła się do szatyna, uświadamiając sobie, iż tylko on nie się wypowiadał. Chłopak wzruszył ramionami i uśmiechnął się smutno.
     - Nie pamiętasz? Przecież rozwaliłem go na kolejce w wesołym miasteczku – przypomniał.
I tym właśnie sposobem spełniły się najgorsze przeczucia dziewczyn.
Byli na siebie skazani. Jak więźniowie.
Na dworze jakby na znak tego zagrzmiało i wszyscy mogli poczuć się jak w tanim horrorze. Ciemny blondyn ponownie rzucił się na swojego kolegę i pisnął wysoko.
Tym razem mulat jednak nie wytrzymał przeciążenia i z impetem uderzył w półkę za nim. Ta niebezpiecznie zachwiała się, ale ku szczęściu Horan złapał ją w porę. Przyjaciółki popatrzyły na siebie.
     - Jak już wcześniej powiedziałam nie chcemy zginąć, więc to będzie nasza strona sklepu – miodowo-włosa wskazała na połowę, w której znajdowała się lada, i artykuły spożywcze– a to wasza – dokończyła, wskazując na część, po której były półki z papierem toaletowym i innymi podobnymi artykułami.
Chłopcy zmarszczyli brwi a następnie nie zważając na podział dziewczyn, zaczęli rozłazić się po sklepie.
Shalie złapała za ramie swojej przyjaciółki, kiedy ta chciała wszcząć z nimi bójkę i przypomniała jej o plecach. Nastolatka musiała przyznać rację koleżance. Nie mogła się nadwyrężać. Porwała z półki upragnione orzeszki ziemne i skierowała się w pusty róg sklepu.
Za oknem, co chwilę grzmiało i błyskało się. Zdecydowanie panowała burza z prawdziwego zdarzenia. Jasnowłosej od razu przypomniało się, jak w podstawówce wszystkie jej koleżanki mówiły, że boją się burzy a ona, jako jedyna powiedziała, że ją lubi. Dzieci wtedy zgodnie uznały ją za dziwną, ale ona nie potrzebowała ich aprobaty. Miała swoją przyjaciółkę, która co dziwne żywiła czystą awersję do tego zjawiska atmosferycznego.
     - Niall, nie zajadaj stresu! – usłyszała głos, któregoś z chłopaków, a następnie szelest wyrywanego opakowania i odgłosy szarpaniny. Jak widać Horan miał żywą chęć wyjedzenia ze sklepu wszystkiego co jadalne.
Miodowo-włosa właśnie zajmowała się uspokajaniem nerwów, gdy naprzeciw niej o ścianę oparła się jej przyjaciółka. W dłoniach miętosiła butelkę z coca-colą.

     - Za zimno się zrobiło na lody – uznała i odkręciła napój. Jasnowłosa pokiwała głową na zgodę z jej słowami. Powoli przysunęła wolną dłoń do pleców i lekko je pomasowała. Zapomniała o bólu przez swoje zdenerwowanie, ale kiedy usiadła on znów powrócił. W pomieszczeniu temperatura gwałtownie spadła, co pewnie miało związek z pogodą na zewnątrz. Panna Swift zrozumiała, że matka natura miała dziś zmienne nastroje.
Po chwili budynkiem jakby zatrzęsło a trzask, jaki spowodował piorun sprawił, że przyjaciółki zatkały uszy. Nagle dobiegł do nich tak cierpiętniczy okrzyk, iż mogły podejrzewać, że grzmot uderzył kogoś z zebranych. Nie musiały długo czekać na odgłosy tupania. Ktoś zdecydowanie biegł w ich stronę. Z powodu ciemności nie mogły rozpoznać, który to z małp. Ich wątpliwości rozwiały się, kiedy na nogach Shalie wylądował mulat razem z ciemnym blondynem na barkach.
     - Złaźcie ze mnie, świnie! – wydarła się i spróbowała wyciągnąć spod nich własne kończyny.
      - Ktoś mnie wołał?- Do grupki dołączył szatyn, popijając soczek rurką i podświetlając sobie drogę wyświetlaczem z komórki lokersa. – Nie ma mnie chwilę i już zaczynają się jakieś seksualne wojaże. – Zaśmiał się i usiadł centralnie naprzeciwko jasnowłosej. Ta natomiast miała zamknięte oczy i widocznie uspokajała się.
     - Seksualne wojaże! Beze mnie?!- zdziwił się Styles i na oślep począł tropić wzrokiem reszty. Niewzruszony zajął miejsce obok Malika.
Ciemnowłosa, wykorzystując swoją wolność, szybko wstała i usiadła obok koleżanki. Dziewczyny objęły się ramionami, ponieważ ich cienkie stroje nie chroniły przed ogarniającym sklep zimnem.
Jakiś czas zebrani po prostu mierzyli się wzrokiem, totalnie nic nie robiąc. Świat za oknem zaczął tonąć w ciemności nocy, która dziś nadeszła wcześniej. Widoczność w pomieszczeniu ograniczała się niemalże do minimum. Ten układ zdecydowanie zadowalał. Przynajmniej niektórych z nich.

Margaret pacnęła Payne’a ręką, kiedy ten znowu krzyknął po grzmocie. Jego strach przed burzą był jednak wytłumaczalny. Kiedy miał cztery lub pięć lat postanowił jakąś noc spędzić na tarasie. Pech chciał, że właśnie wtedy rozszalała się prawdziwa nawałnica. Zanim jego rodzice się obudzili, ten już zdążył nabawić się traumy do końca życia. I teraz jako dziewiętnastoletni chłopak nadal musiał z nią żyć.
     - Kto chodzi w piątkę do sklepu? – spytała nagle ciemnowłosa, wbijając oczy w sąsiadów.
     - Harry potrzebował nas wszystkich, bo uwierz, wybieranie szamponu dla jego włosów to nie lada wyczyn – odpowiedział Zayn, niemalże jak ekspert w dziedzinie fryzjerstwa oraz dermatologii.
     - O Chryste! – wrzasnął nie kto inny, jak nadal buszujący po sklepie blondyn. Gromadka z kąta sklepu zainteresowała się jego krzykiem.  - Znalazłem za ladą opakowanie limitowanej wersji „Śmiej żelków” nigdzie go już nie sprzedają! – dokończył zdanie wyraźnie podekscytowany i po chwili zjawił się w miejscu gdzie przebywali pozostali. Miał w dłoniach mnóstwo smakołyków i sprawiał wrażenie, jakby nie widział nigdy czegoś podobnego na oczy.
Wszyscy popatrzyli na niego jak na idiotę, a potem powrócili do bezczynności.
Na ramionach przyjaciółek pojawiła się gęsia skórka symbolizująca wyziębienie. W jednej chwili Mag przeklęła swoja matkę za to posiada takie skąpe bluzki.
Niall zmierzył kąt spojrzeniem w poszukiwaniu wolnego miejsca, a potem usiadł obok ciemnego blondyna.
     - Znalazłem też latarkę – oświadczył i na dowód pokazał niewielkie urządzenie. Tomlinson szybko porwał ją z jego rąk i zaczął świecić po twarzach kolegów oraz sąsiadek.
Cisza przerywana tylko przez urywane jęki Liama i szelest papierków powoli zaczynała być irytująca. Harry stukał jakiś rytm o posadzkę i cicho podśpiewywał pod nosem. Marchewka bezcelowo rzucał wszędzie promienie światła z latarki.
I właśnie, kiedy oświetlił sylwetkę Zayna przyjaciółki zauważyły coś, co bardzo mogło im się przydać. A mianowicie na ramieniu chłopaka spokojnie wisiała wiśniowa bluza.
Dziewczyny jednak były zbyt harde, by o nią poprosić. Kolejnych parę minut walczyły z niską temperaturą, jednocześnie omawiając w głowie wszystkie za i przeciw. Mag w końcu zaklęła cicho pod nosem.

     - Malik, daj bluzę – rozkazała, niepodobnie jak na nią ze wzrokiem wbitym we własne nogi.
     - Oddaj mojego psa. – Chłopak wbił palące spojrzenie w dziewczyny, które zapewne miało pokazać, jak trudno mu się pogodzić się ze stratą Roxiego.
Miodowo-włosa prychnęła oburzona.
     - To mój pies!
     - To moja bluza. – Po tej odpowiedzi ze strony chłopaka nastolatki nie miały zamiaru dalej zniżać się do ich poziomu. Jednak mulat odezwał się znowu: - A po co ci?
Tym razem obie dziewczyny jęknęły poirytowane. Nie uśmiechało im się pokazywać słabości przy znienawidzonych sąsiadach. Ta konwersacja kosztowała pannę Colen i tak wystarczająco poświęcenia. Pytanie zawisło więc nad nimi długo oczekując na odpowiedź.
     - Trochę zmarzłyśmy – przemówiła tym razem ciemnowłosa, możliwe jak najciszej i najmniej wyraźniej, jak się dało. Jednak sąsiedzi usłyszeli. I zareagowali w sposób, którego chyba nikt się nie spodziewał. Niczym poparzeni zerwali się z miejsc i popędzili do sąsiadek, przerywając ich uścisk. Ciemny blondyn, jako że siedział najbliżej, szybko przygarnął do siebie Shalie. A po sekundzie do ich uścisku dołączył także Styles.
Zayn przytulił jasnowłosą do swojego torsu i rozmasowywał dłońmi jej zimne ramiona. Margaret ledwo mogła złapać oddech. Zaraz tuż obok nich swój sławny tyłek posadził pasiasty, uśmiechając się cwaniacko.
     - Malik kapciu, trochę lżej moje plecy nadal bolą! – powiadomiła tulona nastolatka. Uścisk osłabił się a w zamian za to ciemnowłosy podarował jej swoją bluzę. Niestety pieczenie w tylnej części ciała wróciło.
Tylko Horan nie miał dziewczyny do przytulania, więc postanowił przykleić się do pleców Liama, który nie protestował. Cóż, pewnie nie wiedział, że właśnie jego koszulka została zabrudzona czekoladą.

   Wiele można było zarzucić rodzicom zespołu w kwestii wychowania ich dzieci.  Doskonałym przykład stanowił bezmiar w jedzeniu, cięty język, brak jakiejkolwiek zgrabności ruchowej, mania niszczenia wszystkiego dookoła, arogancja, lekkomyślność, głupota, erotomania oraz infantylizm. Między innymi oczywiście. Ale była rzecz, którą dobrze wpoili im rodzice. Otóż zasada jak ich synowie powinni się zachować, gdy dziewczyna w ich towarzystwie powie, że jej zimno.

Gdyby teraz mogliby zobaczyć zachowanie swoich dzieci zdecydowanie byliby dumni.

Przyjaciółki nie wiedziały, czy cieszyć się z zachowania małp czy też raczej wybuchnąć płaczem, więc postanowiły to przemilczeć. W końcu przecież zrobiło im się ciepło.

 

 

4 h później

 

 

 

        Za oknem burza znacznie się uspokoiła. Co i nieraz tylko do wnętrza wdzierał się szum wiatru lub odgłosy deszczu.

Zgromadzona w kącie grupka ludzi leżała w absolutnej ciszy. Miało to oczywiście swoje powody. Z okazji późnej już godziny większość z nich po prostu smacznie spała. Mulat oraz lokowany odpłynęli w swoich objęciach do krainy Morfeusza dwie godziny wcześniej. Shalie walczyła z tą chęcią dłużej, ale w końcu poległa. Liam cicho pochrapywał oparty o jej ramię, natomiast blondyn ledwo kontaktował z rzeczywistością.

Tylko Margaret i Louis byli całkiem przytomni.

Czasami posyłali sobie poirytowane spojrzenia, lecz potem każdy z nich oddał się własnym przemyśleniom. Idealną ciszę zakłócił niespodziewany upadek głowy ciemnowłosej na łydki Stylesa. W efekcie oparty o nią wcześniej ciemny blondyn kontynuował sen na jej plecach. Dwójka wzniosła tylko brwi do góry i nie zwracała na nich więcej uwagi.

  Jasnowłosa lekko pomasowała się po plecach, ponieważ ból od paru minut zaczął się zwiększać. W końcu gwałtownie wstała, porwała z objęć Tomlinsona latarkę i skierowała się w stronę półki z lekami. Bluza, którą podarował jej Malik okazała się być sporo za duża i w efekcie sięgała jej nieco za pośladki. Niezaprzeczalnie mulat tym gestem podniósł swoją ocenę w jej oczach. Wzięła z półki niebieski żel i wróciła na swoje dawne miejsce. Marchewka z braku innego zajęcia obserwował jej ruchy.

Dziewczyna niechętnie zrzuciła z siebie wierzchnie, wiśniowe okrycie, a następnie nalała na dłoń trochę mazi z tubki. Niestety próby posmarowania się samej nie wychodziły jej zbyt dobrze. Jej dłoń mogła dosięgnąć tylko do dolnej części pleców, a jak na ironię losu nieprzyjemne pieczenie znajdowało się wyżej. Siedzący obok niej szatyn, zaśmiał się.

     - Pomóc ci, mała?- zapytał, powodując niemały szok u sąsiadki. Mag zmierzyła go podejrzliwie.

     - A jaki jest haczyk, grzybie?- wysyczała, nie zaprzestając wykonywanej czynności.

     - Żaden. Tylko czuję się współwinny za twoje obolałe plecki – wyznał i posłał w jej stronę uśmiech.

     - Współ?! Ty jesteś cało-winny!- krzyknęła zbulwersowana, powodując, iż leżący obok niej Malik, wzdrygnął nieznacznie.

     - Teraz czuję jeszcze większą chęć niesienia pomocy- zwierzył się szatyn.

Dziewczyna zmarszczyła brwi i popatrzyła na niego jak na przybysza z innej planety. W pierwszej chwili pomyślała, że może jest chory lub gdy spadł ze schodów, uderzył się w głowę i mózg wypadł mu przez dziurkę od nosa. Lecz później zaczęła rozważać czy przypadkiem nie stroi sobie z niej żartów.

Jednak co dziwne nie wyglądał na kogoś, kto za chwilę miał parsknąć śmiechem.

 

     - Brzmisz jak matka Teresa. Boję się – oświadczyła miodowo-włosa i zaprzestała prób wsmarowania żelu. Westchnęła głęboko i oparła głowę o zimną ścianę za nią. Zastanawiała się, jak miewa się jej szczeniak. Od zawsze to czarne, małe stworzenie bało się burz, więc mogła sobie tylko wyobrażać, co przeżywał, będąc w domu całkiem sam.

     - A może po prostu mam serce? – spytał chłopak, sprawiając, iż nastolatka obok niego wybuchła śmiechem.
     - Spójrzmy prawdzie w oczy. Nie dałeś mi dużo powodów, by tak myśleć – powiedziała Mag słusznie, gdy tylko trochę się uspokoiła.
Teraz szatyn zachichotał.
     - Ty też mi nie dałaś, a jednak ci tego nie wytykam. Poza tym tylko grzecznie oferuję ci pomocną dłoń…lub nawet dwie, jeśli chcesz.
Panna Colen rozważała w głowie wszystkie wady tej propozycji. Oczywiście duma nie pozwalała jej na to, ale ból odbierał zdolność racjonalnego myślenia oraz nie pozwalał zasnąć. Była w kropce.
     - Jedna wystarczy. Przysięgam, że jeśli coś knujesz, lub robisz to, by mnie pomacać to sprawię, że będziesz wąchał kwiatki od dołu – ogłosiła.
Zirytowany chłopak wyrwał tubkę z jej rąk i prychnął. Prawdą było, że zżerały go wyrzuty sumienia, ponieważ nie chciał żeby kiedykolwiek jakaś dziewczyna została uszkodzona przez niego. Kolejna złota zasada wpojona przez jego rodziców.
     - Od razu coś knuję! To ty stale wymyślasz jakieś niecne plany – mówił zbulwersowany, jednocześnie podwijając bluzkę sąsiadki. Jej plecy w pewnej partii okazały się być lekko sine, więc od razu wiedział gdzie nałożyć żel. Szybko poprawił latarkę, aby ich oświetlała. Nalał na palce maź z tubki i zaczął wsmarowywać je tam gdzie trzeba. Margaret niepodziewanie krzyknęła.
     - Jakie to zimnie!
     - Czego się spodziewałaś od żelu chłodzącego?!- odkrzyknął i ponownie zabrał się za smarowanie.
     - Nie wiem!
Właśnie po tym zdaniu, Niall postanowił wstać. Najpierw potknął się o czyjeś nogi (lub całkiem możliwe o swoje własne), a potem niewzruszony wstał. Zatrzymał się przy Margaret i Louisie, popatrzył na nich i ruszył w stronę półek. Nie byłoby w tym może nic dziwnego, gdyby nie fakt, iż wcale nie wyglądał jak ktoś kto jest przytomny. Zdecydowanie lunatykował.
Louis wzruszył ramionami i powrócił do wsmarowywania żelu. Mag oczywiście rzuciła mu kąśliwą uwagę na temat tego, że jego ręce są delikatne jak pumeks, ale puścił ją koło uszu. Kiedy skończył zadowolony ze swojej pracy i z czystym sumieniem, oparł się o ścianę. Dziewczyna obok natomiast przykryła się bluzą mulata i chyba szykowała się do snu. Chłodny żel przyniósł jej lekką ulgę, więc nie pozostało jej nic innego, jak modlić się o to, by nazajutrz ból całkiem ustąpił.
Jak to miała w zwyczaju odsunęła się od szatyna i tym samym znalazła się bliżej Zayna. Kiedy Morfeusz już prawie porwał ją do swojej krainy, do zebranych powrócił blondyn z paczką chipsów. Biedaczek nie zauważył tym razem jej nóg rozciągniętych na podłodze i znowu zaliczył głośną glebę. Tym razem cała grupka szeroko otworzyła oczy. Harry tak się wystraszył, że przypadkowo walnął leżącego obok niego Malika w nos a ten z kolei uderzył z impetem w ścianę.
Zapowiadała się długa noc.



Heej Co tam u was? :D
Ja mam ferie, ale u mnie nie za ciekawie. Miałam ostatnio parę problemów i rozdział wyszedł jaki wyszedł ;/ 
No, ale wracając co tematu xd 
Jak wam się podoba rozdział? od razu mówię, że nie miałam dziś dużo czasu na poprawianie xd
TERAZ JESTEM DOSTĘPNA NA TT POD TYM NICKIEM: @Another_Crystal
Mam jedną ogromną prośbę PISZCIE KOMENTARZE ostatnio jest ich coraz mniej i to mnie martwi... dla was to kilka minut, napiszcie nawet dwa zdania, a ja będę miała większą motywację :)
DZIĘKUJE ZA WSZYSTKIE WEJŚCIA I WYŚWIETLENIA :***
Jeszcze raz zapraszam na tego bloga: http://give-me-free-time.tumblr.com/opowiadanie