sobota, 7 grudnia 2013

Rozdział 21 cz.I



Ostatnia misja- czyli co nagle to szybciej





         - Marzyłem o tym już, jako plemnik w jądrach mojego taty – wyznał, nie kto inny jak Zayn Malik z obłędem w oku, przyglądając się farbie do włosów. – No chodź tu Liam, to nie będzie bolało- zwrócił się ku swojemu kumplowi, przybierając ton głosu, którym zazwyczaj mówi pielęgniarka tuż przed zastrzykiem z rozmachu prosto w pośladek.
Mulat ubzdurał sobie, że muszą dokonać jakiejś metamorfozy w zespole przed wyjściem na czerwony dywan, więc zaczął od zmiany koloru włosów Payne’a. Jednak pierwszy klient jego „salonu fryzjerskiego” stanowczo odmówił użyczenia siebie, jako żywej masy doświadczalnej. Był głupkiem, ale nie idiotą.
         - To będzie lekkie odświeżenie koloru, nic wielkiego- zapewniał, w między czasie, czytając ulotkę załączona do opakowania.
         - Wychodzę, będę za dwie godziny!- ogłosił Styles nim wymaszerował rozpromieniony z domu Colenów, lekko trzaskając drzwiami.
         - Wracaj cymbale! Musimy się przygotowywać!- Tomlinson wbiegł do holu, próbując go zatrzymać, lecz na próżno – rozchichotana góra szczęścia oddelegowała się z tymczasowej bazy mieszkalnej. Szatyn wypuścił powietrze z narastającą irytacją i mocniej przysunął zimny okład do swojego tyłka odzianego tylko w kolorowe bokserki z motywem Hello Kitty (Horan, kupując mu je prawdopodobnie myślał, że będzie śmieszny). Cztery litery chłopaka nie zdążyły się jeszcze do końca zregenerować po niedawnym podpaleniu.
Nigdy więcej campingów – przeleciało przez jego myśli po raz kolejny tego poranka.
         - Więcej cukru!- mówił blondyn sam do siebie, wsypując w tym samym czasie kolejną łyżeczkę białych kryształków do kawy. Jego oczy błyszczały się jak u dziecka przed atakiem ADHD, co mogło oznaczać tylko jedno…
         - Horan odbiło Ci. Przed każdą galą, występem i wywiadem – ciągle to samo. Masz jakieś napady.
Tomlinson, który właśnie wkroczył do kuchni, zamachał wolną dłonią, aby podkreślić swoje narzekania pod adresem kumpla – Nie wiem czy robisz to z nadmiaru ekscytacji, ale kiedyś taka dawka węglowodanów cię zabije. I wcale nie żartuje.
         - Waaaal sięęęę- zaśpiewał Niall, pociągając niemały łyk ze szklanki.- Pychota- stwierdził, nawet się nie krzywiąc.
         - KAWA!- wydarła się Shalie, gdy tylko ujrzała blondyna trzymającego parujący napój.

Tak szybko rzuciła się w jego kierunku, że stojący jej na drodze Tomlinson w ostatniej chwili uchronił się przed upadkiem. Panna Swift wyrwała picie bogów z Horanowej dłoni i upiła go sporo. I zanim ktokolwiek zdążył ją ostrzec przed niezliczoną zawartością cukru w napoju, treść jej ust wylądowała na blondynie i częściowo na podłodze.
         - NIALL! To smakuje jak posłodzony miód. Lecz się – wyżyła się na i tak poszkodowanym młodzieńcu, a potem jak gdyby nigdy nic rozciągnęła wargi w szerokim uśmiechu.

         - Mówiłem ci Horan- przypomniał Louis, śmiejąc się ze swojego kolegi w głos. Zaraz jednak przestał, ponieważ do jego głowy wpadła pewna myśl. Dochodziła godzina jedenasta, a Shalie już była na nogach, uśmiechnięta, a w dodatku ubrana. Coś tu się nie zgadzało. Z zadumą mierzył ją wnikliwym spojrzeniem, ale potem zwalił to wszystko na barki dzisiejszej gali.

Na wspomnienie tego, co miało dziś się wydarzyć obleciał go strach, ale zaraz stłumił go w sobie, biorąc uspokajające oddechy.

Żeby się pocieszyć jeszcze bardziej przypomniał sobie telefon, który świtem odebrał od menagera zespołu. Oczywiście doszły go słuchy, a nawet jak to podkreślił rachunki dotyczące tego, co zaszło wcześniejszego dnia w centrum handlowym. Szatyn w życiu nie słyszał żeby Paul, był w tak tragicznym stanie emocjonalnym, nie wypowiedział ani jednego słowa bez podniesienia tonu głosu. Co naturalnie było niesamowicie zabawne. Menager praktycznie rzucił pracę, kiedy chłopak z którym rozmawiał śmiał się prosto w słuchawkę. Sprawę uratował Ben. Jako że on oraz jego żona szykowali się właśnie do pracy na pierwsza zmianę – usłyszeli rozmowę z pokoju, w którym spała cała siódemka. Tata Margaret wcisnął Paulowi jakąś bajeczkę, co oczywiście w połączeniu z jego naturalnym urokiem osobistym oraz odrobiną fangirlingu spowodowało, iż menager zaczął przepraszać szatyna za to, że tak gwałtownie zareagował oraz dodał, iż jest niezmiernie zadowolony z faktu, że rodzina Colenów przygarnęła ich, kiedy dom, w którym przebywali został zalany przez ZEPSUTĄ PRALKĘ. (pomijając, że miała na imię Zayn Malik) Prawdą było, iż sam Ben nie rozeznał się, co tak naprawdę tam zaszło - znał tylko historię wymyśloną przez swoją córkę.

Reasumując- kryzys został zażegnany. Na jakiś czas.

         - Shalie gdzie idziesz? – zainteresował się Payne, obserwując jak ciemnowłosa zakłada trampki na nogi.
Dziewczyna najwidoczniej zmieszała się jego pytaniem, ponieważ nieco spowolniła swoje ruchy. Szatyn, wyczuwając sensację udał się do holu.

         - Ja?- spytała głupio, wskazując na siebie.
Tomlinson zmrużył oczy, przeczuwając niepewność dziewczyny- niewątpliwie coś ukrywała. A on musiał się dowiedzieć, co to było.
         - Tak. Ja tu widzę jedną Shalie- orzekł ciemny blondyn, teatralnie rozglądając się – Jeśli ty widzisz tu drugą, to mam numer do świetnego psychologa. Zayn czasami chodzi do niego, mówi, że to miły pan- zachęcał chłopak.
Ciemnowłosa zrobiła poirytowaną minę.
         - Idę do sklepu, nie ma nic w lodowce- wyjaśniła niewiasta, triumfalnie mierząc chłopaków spojrzeniem.
         - Przecież lodówka jest pełna- zdziwił się Horan.
I jeśli stwierdził to największy żarłok w domu, to definitywnie coś tu nie pasowało. Shalie nerwowo spojrzała w kierunku kuchni, krzyżując swoje spojrzenia z blondynem.
         - Co tu się dzieje?- zapytała, schodząca ze schodów Margaret.
Wszyscy obrócili się w kierunku jej zmęczonego ciała. Dziewczyna przecierała oczy dłońmi, jakby odpędzając z nich ostatnie oznaki snu. Oczywiście jej włosy wyglądały jak po zetknięciu z piorunem, ale dla nikogo z zebranych nie było to szokiem.
Miała na sobie piżamy, które składały się z śnieżno białych spodenek i bluzki w tym samych kolorze z nadrukowanym, wielkim słoniem.
Tomlinson poświęcił stanowczo za dużo czasu na wpatrywanie się w tą małą postać, za co został nagrodzony wielkim uśmiechem od jego shippera - Liama.

         - Shalie coś kręci. Nie ufamy jej. Chyba należy do jakiegoś gangu- wyznał, pochłonięty sprawą mulat.
         - Taa, właśnie dostałam zlecenie na ciche usunięcie nie jakiego Zayna Malika z powierzchni ziemi. Wiecie – dlatego mi się tak śpieszy – objaśniła ciemnowłosa, patrząc na każdego z kolei wnikliwie.
Horan szybko podbiegł do mulata i mocno przytulił do własnego torsu, jakby próbując zapewnić, że z nim jest bezpieczny. Nie zapomniał nawet o przeciwsłonecznych okularach, by wyglądać bardziej groźnie.
         - Żądam prawdy Shalie Swift. Jeśli w coś się wplątałaś, to na tym etapie jeszcze możemy ci pomóc- potem będzie już za późno – przemówił uroczyście ciemny blondyn.
Nikt nie wiedział, w jakim stopniu żartuje.
         - Ok, więc prawda jest taka, że idę odwiedzić grób babci Maggie – wreszcie przemówiła dziewczyna, nie wiedząc do końca, jak to się stało, że właśnie jest przesłuchiwana przez własnych sąsiadów.
Miodowo-włosa zrobiła szerokie oczy.
         - Shalie, moje obie babcie żyją- wydukała z przerażeniem.

Niall i Zayn ze zdziwienia zaczęli ściskać się mocniej. Brunetka szeroko otworzyła usta, jakby dopiero coś sobie uświadamiając.
         - Powiedziałam babcia? Chodziło mi o jej koleżankę – próbowała ratować sytuację, nieświadomie mentalnie kurcząc się i cofając w tył.
         - A wiesz, że kłamstwa totalnie potrafią zniszczyć przyjaźń?- spytał Louis, razem z resztą, przybliżając się do dziewczyny.
         - To ja lecę dziubaski! – niemal wykrzyczała i z prędkością światła wybiegła za drzwi.

Ludzie zebrani w holu wyszli za nią, obserwując z progu jak szybko znika za rogiem.
         - Dziwne – podsumował sprawę ciemny blondyn.
Wszyscy zgodnie wzruszyli ramionami i rozeszli się po całym domu. Tomlinson wziął miodowo-włosą za ramię i popędził z nią na górę. Miał szczęście, że wczesna godzina sprawiła, iż dziewczyna średnio kontaktowała - w innym wypadku na pewno nie dałaby się tak ciągnąć.

Chłopak wparował do sypialni przyjaciółek i zamknął drzwi, gdy już oboje do niego weszli. Maggie posłała mu pytające spojrzenie.
         - Musimy iść śledzić Shalie – ogłosił poważnie, zbliżając się do szafy i wyciągając z niej jakieś ubrania dla swojej kompanki.
         - Chyba cię pogięło. Niby czemu mamy to robić?- oburzyła się niewiasta, również podchodząc do swojej odzieży i strzelając szatyna po łapach za dotykanie jej rzeczy.
         - Jestem prawie pewien, że poszła na randkę ze Stylesem.
Margaret z niedowierzaniem zaczęła spoglądać na rozmówcę. Co prawda sama miała takie domysły, ale w życiu nie uważała, że mogą okazać się prawdą. Niemożliwe żeby jej przyjaciółka poleciała na tego zbereźnika.  Już miała zacząć o to sprzeczkę, kiedy marchewkowy począł mówić dalej.

         - Harry dziwnie wesoły wyszedł z domu jakieś dziesięć minut przed nią. Czy to nie podejrzane?
Jasnowłosa posłała chłopakowi spojrzenie typu „nie widzę związku”, po czym wzięła w dłoń naręcze ubrań i skierowała się z nim w stronę łazienki. Tomlinson oczywiście poszedł za nią, a kiedy ona zniknęła za drzwiami, on stanął przed nimi i podjął kolejna próbę namowy co do swoich racji.
         - Shalie rano też była jakaś szczęśliwa. Uśmiechała się nawet do podłogi, co było przerażające. Poza tym niemożliwe żebyś nie zauważyła, że oni wszędzie chodzą razem. Jakby ktoś ich skleił – ostatnie zdanie wypowiedział w zadumie, jakby składając pewne fakty do kupy.

W połączeniu z tym co wiedział o dzisiejszej gali w jego głowie powstał pełen obraz.
         - A to skurczybyk- wyszeptał pod nosem z uśmiechem.
         - To na pewno Liam rzucił na nich jakieś swoje zaklęcie – mówiła dziewczyna przez drzwi.
Szatyn zaśmiał się, w głębi siebie uważając, że jego shipperska głowa byłaby w stanie wymyślić coś takiego. 
Nagle jego uwagę zabrał dźwięk z dołu, wyjrzał on przez barierkę od schodów i ujrzał dwójkę rodziców Mag witających się z jego kumplami jak z dziećmi odnalezionymi po latach. Z jednej strony to dziwne jak bardzo ich córka różniła się od nich.
         - Mag musimy ich wyśledzić i przyłapać na gorącym uczynku – rzekł, w tym samym czasie odwracając się i niemal wpadając na dziewczynę, która już stała za nim.  Para spoglądała przez chwilę na siebie. Dużo rzeczy ich różniło, ale jedna cecha charakteru sprawiała, iż byli do siebie podobni – chęć postawienia na swoim i upartość w dążeniu do tego.
Nadszedł czas, by skończyć domysły i przypuszczenia.
 W jednej chwili żądza poznania prawdy wzięła nad nimi górę. Z powrotem skierowali się do sypialni, by ustalić plan.
         - Nie możemy wyjść frontowymi drzwiami, bo twoi rodzice już przyjechali i nie przestaliby zadawać pytań. A pomimo to dostaliby zapaści na wieść o tym, że jeszcze nie zaczęliśmy się szykować – szybko zestawił dane Louis.
Mag przyznała mu rację – jej rodziciele dostali hopla na punkcie gali. Tomlinson niespodziewanie zerwał się w stronę okna i wyjrzał przez nie w dół. Sypialnia mieściła się nad wejściem frontowym, który osłaniał daszek – co było dla nich niesamowicie korzystne.
         - Wychodzimy przez okno- zarządził szatyn z diabelskim półuśmieszkiem na ustach.
         - Zabijemy się – stwierdziła z przekonaniem dziewczyna.
Marchewkowy jednak najwidoczniej nawet nie brał takiej możliwości pod uwagę, ponieważ zaczął gramolić się na drugą stronę. W kulminacyjnym momencie zawisł, trzymając się rękoma ramy okna, ale jak to już bywa – głupi ma zawsze szczęście. Przestrzeń pomiędzy daszkiem, a oknem okazała się być nie taka duża, więc pasiasty lekko zeskoczył na grunt, co prawda trochę pochyły, ale nie przeszkadzało mu to w tamtym momencie.

         - Teraz ty mała- Puścił oczko do niewiasty, która wyglądała na niego przez szybę.
         - Jeszcze raz mnie tak nazwiesz to ci nogi z dupy pow… O czekaj muszę coś wziąć- nie dokończyła swojej przepełnionej jadem pogróżki, ponieważ niespodziewanie zniknęła we wnętrzu. Louis uśmiechnął się pod nosem, uświadamiając sobie, że mógłby nazywać ją tak w nieskończoność, by tylko patrzeć na ten jej zbulwersowany wyraz twarzy. 
Po chwili przez swoją nieuwagę zarobił czymś w głowę, schylił się i okazało się, że dziewczyna zrzuciła mu z góry jego okulary przeciwsłoneczne. Na pewno chcąc, by ich oblicza nie były tak łatwo rozpoznawalne. Szybko wdział je na nos i popatrzył wzwyż, by zobaczyć swoją kompankę w takiej samej parze należącej przypuszczalnie do Liama.
Maggie nieco zlękniona zerkała w dół, ale przełożyła nogi i przekręciła się, by móc opaść na daszek tak samo jak poprzednik.
         - Ale mam widoki – pochwalił się chłopak, lustrując tyłek dziewczyny, który na jego szczęście znalazł się tuż przed jego nosem.
         - Zboczony frajer- wypowiedziała się miodowo-włosa oskarżycielsko. Miała się już puszczać, ale w ostatniej chwili chłopak ujął ją w tali i bezpiecznie odstawił na ziemię.
         - Ale za to jaki pomocny- nieskromnie stwierdził pasiasty. Dziewczyna wywróciła oczami i patrzyła jak jej partner od tajnej misji schodzi z daszku na trawę przed tarasem.  Dało się zauważyć, iż ta odległość była znacznie większa i w końcowym etapie, kiedy chłopak skakał, ledwo udało mu się nie upaść.
Panna Colen zaczynała się obawiać o swoje zdrowie oraz życie i  choć nie chciała tego przyznać oficjalnie to wiedziała, iż Tomlinson był znacznie dłuższy od niej i to zdecydowało o tym, że jest jeszcze w jednym kawałku.
         - Lou chyba nie dam rady- spanikowała, z trwogą, spozierając w dół.
         - Nie żartuj, przecież cię złapie – pocieszył ją chłopak.
         - Nie ufam ci – oznajmiła, popadając w większą paranoję.
Marchewkowy z pozornym żalem złapał się za serce, które sądząc po jego wyrazie twarzy zaczęło krwawić najczystszym smutkiem.
         - Więc odkryję prawdę sam.
Począł oddalać się w stronę drogi, w którą wcześniej skręciła Shalie.
         - Nie! Nie, zaczekaj!
Bingo! Wiedział, że to doda jej odwagi. Margaret usiadła i wysunęła się na samą krawędź. Lou zaś zatrzymał się w miejscu gdzie powinna spaść i wyciągnął ręce w górę. Jasnowłosa uczyniła znak krzyża po czym z zamkniętymi oczami zeskoczyła z daszku. Wszystko potoczyło się szybko – szatyn pochwycił ją w swoje ramiona, a potem pod wpływem szybkości z jaką opadła niewiasta, przewrócił ich obojga.
Prawdopodobnie tylko trawa wybawiła ich przed złamaniem kręgosłupów na pół.
         - AŁA!- jęknęli jakby wcześniej nie przewidywali, iż całość może się tak skończyć.
Miodowo-włosa rozpościerała się na całej długości ciała indywidualnego amortyzatora. Tylko jej głowa wisiała kilka centymetrów na ziemią nieopodal szyi jej wybawcy.
         - Czy moje okulary są całe?- dopytywała się zlękniona.
         - A dzięki, że spytałaś u mnie wszystko okay.- oburzył się Lou, powoli wracając do żywych.
Maggie użalając się nad swoim losem, przeturlała się z jego ciała na miękką, zielona trawę.
         - Jakbyś nie był cały, to byś nie mówił, a mówisz, więc raczej nic ci nie jest. Okulary za to nie mogą mi tego oznajmić, pomyśl trochę Tomlinson – wycedziła każde słowo, jakby mówienie przysparzało jej trudność.
         - Och no tak, jaki ja nie domyślny.
Leżeli jeszcze chwile bez ruchu.
         - A to biorę sobie za odwagę- rzekł nagle chłopak, po czym zawisł z głupim uśmieszkiem nad ciałem niewiasty. Zbliżył się do jej twarzy i podstępem skradł sobie od niej przelotny pocałunek prosto w usta.
Naturalnie wywołało to ogromnie tsunami sprzeciwu ze strony jego partnerki, która zebrała w sobie nawet tyle siły, by ozdrowieć. Niestety marchewkowy chłopiec przewidział to wcześniej i niczym obłąkany począł uciekać z miejsca zdarzenia.
         - Wracaj tu Louisie Tomlinsonie, muszę ci nakopać w ten tyłek- darła się dziewczyna.
         - Czy to oznacza, że będziesz mnie dotykała? Nie mogę powiedzieć nie.
 Zatrzymał się niespodziewanie i odwrócił się w stronę Maggie z pedofilskim uśmiechem wymalowanym na wargach. Dziewczyna widząc wyraz jego twarzy zwolniła i postanowiła zrezygnować ze swoich zamiarów. Zamiast tego wystawiła na pokaz swój język, co Lou skomentował salwą śmiechu.
         - Jesteś zła, bo ci się podobało- rzekł w końcu, gdy trochę się uspokoił.
Panna Colen w pierwszym momencie wyglądała na zszokowaną, przez co pasiasty spoważniał i nerwowo przełknął ślinę. Następnie czekał, aż Mag zaprzeczy oskarżeniu, ale ona nie wyglądała jakby miała coś powiedzieć w najbliższym czasie. I choć próbował nie uśmiechać się zwycięsko, to wychodziło mu to z ledwością.
Coś między nimi zmieniło się jakiś czas temu. Dowodem tego był fakt, iż kilkunastu dni nie pokłócili się na poważnie tylko w żartach. Ani jednej ani drugiej stronie nie chciało się wszczynać sprzeczki. Doprawdy niebywałe – ich charaktery zazwyczaj były powodem przez który mieli zatargi z połową świata.  
         - Chyba widziałem Shalie! – krzyknął raptownie szatyn – Biegniemy!- dodał, po czym ujął dłoń Maggie w swoją, by jej krótkie nogi nie były przyczyną tego, iż będzie znajdowała się kilka metrów za nim.  
Dwójka przemieszczała się główną drogą, zbierając zdziwione spojrzenia leniwych sąsiadów. Raptem do głowy Maggie zaczęły napływać wszystkie wydarzenia, które było dane widzieć tym drzewom, domom sąsiadom i szosie - kiedy uciekała przed chłopakami zaraz po popsuciu im sprzętu muzycznego, szukanie jej psa, który teraz swoją drogą na dobre zakumplowal się z Zaynem i tylko na jego głos reaguje. Gdy razem ze swoją przyjaciółką jechała do wesołego miasteczka, kiedy szła skwaszona grać z nowymi sąsiadami w kosza i wtedy gdy wracali całą siódemką pijani z imprezy – choć to pamięta najmniej.
Nigdy nie pomyślała, że jakiekolwiek wspomnienia, w których brały udział małpy będą dla niej czymś pozytywnym – a teraz miała ochotę śmiać się w głos i robiło jej się żal, że te wakacje dobiegają końca.
Popatrzyła mętnie na swojego kompana, a ten czując na sobie jej spojrzenie zrobił jeden ze swoich czarujących uśmiechów.
         - Teraz w lewo- zarządził. – O mój Boże! Padnij! To oni!
Wszystko potoczyło się ekspresowo – chłopak ujrzał kogoś siedzącego na ławce, powiązał ich z poszukiwanymi i wyznaczył im miejsce obserwacji za pobliskim krzakiem.
         - Czemu nie dajesz mi spojrzeć? - oburzyła się dziewczyna, siadając na piętach i starając się dłońmi, wytyczyć tor dla swoich oczu, lecz towarzysz zdecydowanie jej to utrudniał, zasłaniając krzak własną klatką piersiową.  Próbowała przepchnąć się obok, ale on zwinnie taił widok. W końcowym efekcie wkurzona niewiasta ugryzła jego obojczyk, a chwilę roztargnienia wykorzystała, by popchnąć go na ziemię.
         - Nie! Mag! Najpierw weź parę głębokich oddechów, najlepiej sto – radził rozgorączkowany Tomlinson, szybko powstając na kolana i próbując odciągnąć niewiastę, trzymając ją w pasie.
         -Idź mi z tymi łapskami, przecież chyba się nie…- urwała wreszcie dostrzegając, kto znajdował się na ławce.- całują. – dokończyła, padając jak długa wprost na swojego partnera, który zaczął wachlować ją dłońmi.
Swift oraz Styles obściskiwali się namiętnie, zupełnie nie dostrzegając świata poza sobą.
         - Tomlinson chyba umieram, widzę światło- mamrotała słabo Maggie.
         - Idiotko to tylko słońce, okulary ci spadły- zauważył, zakładając Ray bany z powrotem na jej nos.
Lekko potrząsnął wiotkim ciałem dziewczyny, próbując wykrzesać z niej choć krztę energii.
         - Już ja im dam sekretny związek!- zerwała się bez uprzedzenia i pognała w ich kierunku.
Louis poderwał się od razu z ziemi i pobiegł w jej ślady, chcąc ją powstrzymać przed uczynieniem jakiejś zbrodni. Para najwidoczniej usłyszała jakieś niezidentyfikowane dźwięki, ponieważ wstała z miejsca i rozejrzała się wokół. Trzeba było widzieć ich miny, gdy zobaczyli dwójkę pędzącą prosto na nich. Dosłownie lustrzane odbicie jelenia, który przebiegał w nocy przez jezdnię i teraz wypatruje oczy prosto w światła samochodu.
         - Ty kapciu, uwiodłeś ją! – ryknęła miodowo-włosa, z całej siły popychając lokowanego, który zachwiał się i zaniósł się donośnym rechotem chyba tak wywołanym przez ekspresywność twarzy jego napastniczki.

         - Wiesz chłopaki robią to czasami dziewczynom – wybełkotał, chwytając się za bolący ze śmiechu i bólu zadanego przez dziewczynę brzuch.
Shalie zakryła usta dłonią i obserwowała rozwścieczoną przyjaciółkę.
         - Wiesz ludzie też czasami podpalają żywcem innych ludzi- ironizowała, odwzorowując jego ton głosu, co rozbawiło już pozostałą dwójkę.
Na Margaret zadziałało to jak czerwona płachta na byka, nabrała rozpędu, by spacyfikować rozweselonego Harry’ego, ale w ostatniej sekundzie została uwięziona w mackach rechotającego szatyna.
         - I ty przeciwko mnie? Przecież to miała być nasza wspólna misja – wycedziła, szarpiąc się niemiłosiernie. – A ty co?! Kiedy zamierzałaś mi powiedzieć?!- zwróciła się tym razem do Shalie, która miała minę jakby połknęła język. – Zamieniłaś mnie na jego sprośny humor i wyuzdane ciało! Jak mogłaś?! Gdzie schowałaś głowę, gdy zaczynałaś z nim chodzić?!- kontynuowała, powodując, iż Styles niemal pokładał się ze śmiechu na ziemi.
         - Ja…ja… to się stało tak nagle – wydusiła ciemnowłosa nieporadnie, usiłując powstrzymać rozbawienie.
         - To wszystko przez te jego loki, zamachał nimi i dziewczyna padła ofiarą, potem zostawi ją ze złamanym sercem na środku swojego pałacu z kloców lego i BUM czar pryśnie- mówiła do siebie, z dramaturgią rozszerzając oczy.
         - Mag wszystko dobrze?- zapytał troskliwie Tomlinson, z niekrytym przerażeniem w głosie.

Dziewczyna wyglądała jak po napadzie psychozy. Szatyn zaczął nawet podejrzewać, iż złapała jakąś infekcję od wariata przed którym wczoraj uciekali.
         - NIC NIE JEST DOBRZE!- wrzasnęła.
         - Okay, liczymy oddechy. Jeden…dwa- Trzymający ją chłopak widząc, iż dziewczynie skoczyło ciśnienie, zaczął wypróbowywać na niej swoją kurację uspokajającą noszącą nazwę „zluzuj porty”. Miodowo-włosa na początku nie chciała skorzystać z tego rodzaju pomocy, ale po parunastu sekundach poczęła chwytać oddech w rytm odliczania.

Stalie wymienili spojrzenia, jakby przekazując sobie ukrytą wiadomość.
         - Nie chcę przerywać, ale chyba pora wracać, bo nie zdążymy wyszykować się na galę- Z wahaniem oświadczyła brunetka.
Jasnowłosa już otwierała usta, by coś powiedzieć, ale zamiast tego wzięła tylko głęboki oddech i wlepiła w parę przeładowane chęcią mordu gałki oczne. Najbardziej w całej tej sytuacji denerwował ją fakt, iż jej przyjaciółka nie raczyła poinformować jej o tym wcześniej. Przecież była najbliższą dla niej osobą. Zawsze mówiły sobie o wszystkim - nawet odległość nie była dla nich przeszkodą.  
Potem zrozumiała, że pewnie obawiała się takiej reakcji z jej strony.
Czwórka w ciszy zaczęła iść w kierunku domu Colenów.
         - Harry! Gratulacje- Pasiasty nieoczekiwanie przypomniał sobie, że nie pogratulował przyjacielowi- Nie spierdol tego jak każdej jednej poważnej rzeczy w twoim życiu- dodał cicho, ale każdemu dane było to usłyszeć.
         - Ale zawaliłeś żartem, normalnie aż mi zaraz proteza ze śmiechu wyleci- wycedził ironicznie, robiąc znudzoną minę. Znajdująca się nieopodal niego ciemnowłosa chichotała pod nosem, a później objęła spojrzeniem Mag.
Z jej wyrazu twarzy nie można było nic wyczytać, ale nie wyglądała już na tak rozgorączkowaną. Czasami te Tomlinsonowe czary się na coś przydają.
         - Nie wyleci, bo nie masz protezy- zauważył słusznie szatyn
         - Nie wyleci, bo nikt się nie śmieje- odciął się zaraz lokowany.
         - Ej, Harry czuję się jakbym przekazał ci cząstkę mojego sarkazmu. To cudowne uczucie psuć ludzi- rozmarzył się marchewkowy, finezyjnie spoglądając w niebo, ale pamiętaj, nawet jeśli byś bardzo chciał, to nigdy nie będziesz tak dobry jak ja – dokończył, gwałtownym ruchem poprawiając swoje włosy. To cud, iż jego okulary jeszcze nie spadły i dzielnie odbijały obraz domu Colenów, który wyłonił się już zza rogu.
         - Już nie bierz się za takiego dobrego w tej dziecinie. To ja mam większe doświadczenie- odezwała się nagle panna Colen.
Było widać, że wstępnie ochłonęła po szokującej wieści.  Pośpiesznie otworzyła furtkę prowadzącą na jej podwórko.
         - Kiedy ja pierwszy raz zacząłem ironizować, ty nie wiedziałaś jeszcze czy jesteś chłopcem czy dziewczynką.
Dziewczę nie miało szansy zareagować, ponieważ nagle drzwi budynku otworzyły się. I wyleciał przez nie rozpędzony Ben.
         - Chodźcie dzieci! Zostało wam już tylko parę godzin na wyszykowanie się. Szybko!- zagarnął całą czwórkę do środka.
         - Mag twoi rodzice myślą, że jadą z nami- powiadomił szeptem Niall, który najwyraźniej krył się w holu obok szafy.
Nie ma co się dziwić, czasami rodziciele Maggie potrafili dać w kość.
         - LIAM! HARRY CHODZI Z SHALIE!- wydarł się Tomlinson tak, że prawdopodobnie usłyszał go cały kraj, włączając w to także Europę Zachodnią i Chiny.
         - Nie jestem zaskoczony- stwierdził blondyn ze skupieniem, patrząc skąd wyleci największy shipper tego stanu.
Za chwile wszyscy ujrzeli Payne’a z ręcznikiem na głowie, pędzącego niczym łania po schodach. Zaraz za nim biegli kolejno Malik oraz uradowani Ben i Sara.
         - To najlepszy dzień mojego życia- ogłosił ciemny blondyn, a następnie przytulił do swojej piersi parę, która swoja drogą czuła się trochę osaczona.- Moje shipperskie serce właśnie zatapia się we własnych łzach szczęścia, ale nie utopi się, bo jej kołem ratunkowym jest wasza miłość- przemówił poetycko, lekko kołysząc się na boki. Zirygowany Harry delikatnie odepchnął kumpla od siebie i przygarnął swoja DZIEWCZYNĘ do boku z triumfalnym uśmiechem. Oczywiście spokój dwójki nie potrwał długo, ponieważ musieli oni znieść jeszcze płacz szczęścia rodziców Maggie i nieco mniej wylewne gratulacje Zayna.

Kiedy wreszcie sytuacja uspokoiła się Maggie zwróciła uwagę na Liama, a właściwie na jego głowę, z której właśnie ściągnął ręcznik.
         - Liam mam nadzieję, że lubisz zielony- zaczęła wolno, klepiąc go po ramieniu ze współczuciem.
         - Nienawidzę, a co?- zdziwił się, patrząc na wszystkich zszokowanych gapiów.
         - No to masz problem, bo twoje włosy mają taki kolor- wyrzuciła z siebie miodowo-włosa.
Miała okazje z bliska obserwować jak podchodzi do lustra, robi wielkie oczy, a następnie bardzo wolno odwraca się w stronę mulata, który już zaczął chować się za pozostałymi.
         - Zayn.Jesteś.Trupem- orzekł nim, rozpoczął zanim pościg po całym domu.


Jak widać Malik, nie był urodzonym fryzjerem. I przez to zaraz umrze, jako poszatkowany frajer. 





HEEEEEEEEJ! OTO PIERWSZA CZĘŚĆ OSTATNIEGO ROZDZIAŁU TEJ KOMEDII
ZAPRASZAM NA ZAPOWIEDŹ FILMOWĄ DO NIEGO ZROBIONĄ PRZEZ @FREETIMELOVE
PRZEPRASZAM ZA DŁUGĄ NIEOBECNOŚĆ- TO NIE JEST MÓJ CZAS ;/  Przepraszam za błędy,ale nie sprawdzałam do końca. Dziękuje za wszystkie wejścia i komentarze :)
dzis krótka notatka ode mnie bo wiecej napisze przy nastepnej częsci tego rozdziału
do zobaczenia :*

@611_natalia @Misiooolxd @paula_jas_x @marysia_lawecka
@Pani_Horan   @alekslloyd  @AwwKevin @iWantHarryHug , 
@Mags_Poland_1D @poisonedx @edzio_wiertara @Ola143Cody,
@xMissxxNothingx @Enchanted_200  @EverBeforee @_yourkitty 
 @demsixxx @karLla136 @LoveStayStrong_ 
 @hideanemptyface @AwMyBooBear @luvmyTomlinson
@Zuzu_Kazu  @shanny_one_time @eat_love_laugh 
@BackForBlue  @JustinePayne81 @Diamond_Things
@Zosia_Michalska@myswaglarry @Pinkdots19

 @awwmyboobear @Alexxx0019